Prof. dr hab. Mirosław Szreder
Statystyk
Uniwersytet Gdański

..

[19.XII.2014]

Podnoszona przez polityków i wyborców, także ostatnio podczas marszu 13 grudnia w przesłaniu odczytanym przez J. Zelnika, kwestia rozbieżności między wynikami badania exit poll a oficjalnymi wynikami głosowania w zakończonych wyborach samorządowych warta jest głębszej refleksji.

Rola sondażu wśród wyborców opuszczających lokale w dniu głosowania (exit poll) wykracza bowiem znacznie poza zwykłą próbę odgadnięcia w wieczór wyborczy rzeczywistego wyniku wyborów. W przeszłości w takich krajach jak Peru (wybory prezydenckie 2000 roku) czy Serbia (wybory władz lokalnych w 1996 r. pod rządami Slobodana Milosevica) niezgodności sondaży, w tym exit poll, z ostatecznymi wynikami głosowania stały się jedną z przesłanek kwestionowania prawdziwości oficjalnych wyników.

Przypomnijmy najpierw, że exit poll, będący – tak jak inne sondaże – próbkowym badaniem statystycznym, mającym określić zachowania lub preferencje populacji wyborców, różni się istotnie od sondaży. Mierzy on bowiem nie intencje wyborców (często zmienne przed dniem głosowania), a jedynie rejestruje dokonany przed kilkoma minutami wybór. Z tego powodu, a także ze względu na sposób wywiadu: w exit poll zakreślenie w warunkach anonimowości popartego w wyborach kandydata lub partii, budzi on większe zaufanie respondentów aniżeli telefoniczny sondaż przedwyborczy. W rezultacie wyraźnie mniejszy jest odsetek odmów wylosowanych do próby respondentów, a także mniejsza skłonność do ukrywania swoich prawdziwych preferencji politycznych wyrażonych przed chwilą w lokalu wyborczym (zakreślam kartę otrzymaną od ankietera, której nikt nie widzi). W dobrze przeprowadzonym badaniu exit poll żadnej roli nie powinna odgrywać presja innych osób, czy chęć sprostania poprawności politycznej. Między innymi to, a także kilkadziesiąt razy większa liczebność próby, decydują o większej dokładności wnioskowania w exit poll w stosunku do sondażu przedwyborczego.

W ostatnich pięciu latach realizatorzy exit poll, w szczególności TNS Polska oraz Ipsos, uzyskali w wyborach prezydenckich, parlamentarnych i eurowyborach dokładność szacunków, jakiej nie powstydziłyby się najlepsze pracownie na świecie. Błędy pomiędzy rezultatami exit poll ogłoszonymi w wieczór wyborczy a oficjalnymi wynikami wyborów nie przekraczały jednego punktu procentowanego w stosunku do żadnej partii lub kandydata. Co więc mogło spowodować nagły wzrost błędów w wyborach samorządowych do prawie 7 pkt. proc. (PSL), czy prawie 5 pkt. proc. (PiS)? I równie ważne pytanie, jakie są inne konsekwencje tej wielkości błędów?

Nie ma powodów, aby źródeł tego błędu doszukiwać się w nieodpowiednim sposobie losowania do próby obwodów spisowych lub wyborców. Czynnik ten ma pewne znaczenie, a niekiedy nawet decydujące, czego przykładem było referendum unijne z 2003 r. i przeszacowanie w exit poll stopnia poparcia głosujących za wstąpieniem Polski do UE o 5,1 pkt. proc. Realizatorzy tego badania (PBS z Sopotu) przyznali później, że w większym stopniu odpowiedzialny za ten błąd był schemat losowania lokali wyborczych niż nierzetelne odpowiedzi respondentów. Od tego czasu udoskonalone i sprawdzone w kolejnych wyborach schematy losowania warstwowego, będące nota bene pilnie strzeżoną tajemnicą zawodową ośrodków badawczych, nie mogą nagle zawieźć w takim stopniu, jak miało to miejsce przed dwoma tygodniami.

Moim zdaniem, mogą być jedynie dwa równoczesne powody tak znacznego błędu w exit poll: duży odsetek głosów uznanych za nieważne, których nieważności nie byli świadomi respondenci po wyjściu z lokali wyborczych, oraz sposób pracy ankieterów, który być może nie zapewniał respondentom pełnej dyskrecji w badaniu. Ważne jest jednak to, że wszystkie te wątpliwości i domniemania może wyjaśnić sam realizator – Ipsos. Co więcej, może to zrobić bez ujawniania swojego warsztatu badawczego.

Po pierwsze, powinniśmy oczekiwać, iż Ipsos poda informacje o wielkości rozbieżności pomiędzy zarejestrowanymi w badaniu exit poll danymi z około 900 lokali wyborczych a oficjalnymi danymi komisji wyborczych w tych obwodach. Ewentualne duże rozbieżności wskazywałyby na to, że źródłem błędu są sami wyborcy, albo nieświadomi oddania nieważnego głosu (np. zakreślenie nazwisk z kilku partii lub nazwiska z pierwszej kartki broszury wyborczej – PSL), albo świadomie wprowadzający w błąd ankieterów. Oczywiście za pewną część rozbieżności, jaka zawsze występuje w badanych obwodach między wynikiem exit poll a całościowym wynikiem w obwodzie, odpowiada błąd losowania. Nie jest on jednak duży, bo stosowany schemat losowania systematycznego wyborców opuszczających lokal wyborczy dobrze sprawdza się i w Polsce i w innych krajach.

Po drugie, firma Ipsos powinna wskazać, czy w sposobie ankietowania wylosowanych do próby respondentów zastosowała takie sposoby pomiaru, które mogły burzyć poczucie anonimowości respondentów (np. konieczność ujawnienia ankieterowi na kogo głosowali). Zaistnienie tego typu okoliczności zachęcałoby do politycznie poprawnych deklaracji respondentów, innych od tych wyrażonych na karcie do glosowania.

Tak czy inaczej, nie można przejść obojętnie wobec tak poważnej pomyłki w badaniu exit poll. Konsekwencją jej jest bowiem nie tylko powstanie wątpliwości, co do rzetelnego policzenia głosów, ale także pozbawienie nas wszystkich, wyborców i polityków, prawdziwej informacji o elektoratach poszczególnych partii. Zwróćmy bowiem uwagę, że większość omawianych w ostatnim czasie przekrojów demograficzno-społecznych zwolenników poszczególnych partii są – wobec tak dużego błędu exit poll – mało wiarygodne.

Zobacz inne artykuły >>>